Baba na budowie – młodzi zaczynają karierę

Baba na budowie_1_AAleksandra skończyła studia budowlane prawie 4 lata temu. Politechnika Szczecińska nie należała do łatwych. A budownictwo lądowe tym bardziej. Ale ponieważ dziewczyna od najmłodszych lat miała wybitny dar do matematyki i fizyki, udało się nie tylko nie zawalić żadnego semestru, ale też uzyskać z większości przedmiotów oceny bardzo dobre lub dobre. Opuszczając mury swojej uczelni, Ola wiedziała już co chce robić. I nie miała być to praca w biurze, za nudnym biurkiem. Tego nie chciała. Wymarzyła sobie budowę. Zwykłą, solidną budowę, jej zgiełk, podniszczone baraki, słońce, deszcz, chłód czy upał. Mając głowę nabitą teorią, lekko tylko wspomaganą praktykami wakacyjnymi dziewczyna pojechała za pracą na Dolny Śląsk. Od razu została rzucona na głęboką wodę. Pamięta rozmowę z prezesem, który widząc drobną, ładną dziewczynę od razu chciał ją odwieść od planów codziennych utarczek na placu z budowlańcami. Ale trafił na skałę.

Jako praktykantka na placu budowy nie miała za wielu fanów. „Co, baba będzie mną rządzić? A co ta du..a wie o budowie? Niedawno skończyła walić w pieluchy, a już mi polecenia chce wydawać? Pier..lę taką robotę. Idę do prezesa!” Takie teksty kobieta łapała w czasie swoich pierwszych dni pracy na praktykach, kiedy uczyła się budowlanego sznytu. Niejedna łza, połączona ze skurczem serca towarzyszyła tej nieukrywanej wręcz robotniczej nienawiści, kiedy kierownicy budów przedstawiali ją jako ich zastępczynię. Wtedy jeszcze nie umiała sobie za bardzo radzić ze stresem. Zaczynała się bać i wątpiła, czy aby na pewno dobrze robi „pchając się” tam, gdzie jej nie chcą. Nie poddała się. Tym bardziej zacisnęła zęby. Ona, drobna, ładna dziewczyna, klnąc w duchu w tym budowlanym języku powiedziała sobie: „Ku..wa, jeszcze mnie pustaki jedne popamiętacie!”

Po skończeniu studiów i przyjeździe do Wrocławia Ola wspomina: Pojechałam z kolegą Kamilem* na Krzyki. Właśnie wkopywano się w glebę pod fundamenty. Kamil zebrał tych, którzy dali się zebrać i przedstawił mnie jako nowego inżyniera budowy. Nie mam jeszcze uprawnień budowlanych, jestem w trakcie ich uzyskiwania. Panowie pokiwali głowami witając się ze mną, dostałam miejsce w baraku. Pojawił się mały problem – ubikacja. Na placu stała tylko jedna tojka. No to trzeba sprowadzić drugą? Popatrzyłam na Kamila i powiedziałam – tu nie ma płci. Dajmy sobie spokój – będę korzystać z tej, co wszyscy. Pierwszy dzień minął na zapoznaniu się z budową. Planowana była to spora hala produkcyjno-biurowa o powierzchni prawie 3000 metrów. Na studiach uczyłam się między innymi takich konstrukcji, umiałem je liczyć i projektować. Teraz co prawda kopano dopiero doły pod fundamenty, ale i to nie było dla mnie czymś szczególnie nowym.

Następnego dnia pojechałam do pracy sama. Lubię być wcześniej na miejscu, więc zlądowałam tak lekko po szóstej. Cisza, nikogo nie ma, tylko stróż kręcił głową w podziwie, że chce mi się tak rano wstawać. Nie miał kluczy od mojego baraku, więc czas do przyjazdu reszty ludzi spędziłam łażąc po terenie i zapoznając się z postępem prac. Wreszcie przyjechali – część znałam z wczoraj, część nie. Pech chciał, że klucze do mojej „posesji” miał jakiś Szpanek-Franek. Podeszłam do niego, a ten przywitał mnie od razu: O, baba na budowie? Po co tu pani jest? A poza tym, nie znam pani i… kluczy nie dam. Masz ci los. Nie dość, że nie podał mi ręki na przywitanie, mimo że ja, jako kobieta pierwsza ją wyciągnęłam, to jeszcze jedzie z takim tekstem. OK, zadzwoniłam do Kamila. Po chwili w kieszeni budowlańca rozdzwoniła się komórka. Chyba nie było miło, bo koleś bez słów rzucił mi klucze z kilku metrów. Złapałam je i poszłam się instalować.

Pan Mateusz, kierownik Oli: – Ona uparła się, by być na budowie. Nie jestem fanem płci pięknej w otoczeniu wykopów. Byłem temu jak najbardziej przeciwny i nie rozumiałem, dlaczego prezes ją zatrudnił. Do tej pory jestem zły, ale to wola szefa. Aleksandra od początku – muszę to przyznać – doskonale poradziła sobie z robotnikami. Oni pewnie myśleli, że jak przyjdzie baba, to ją sobie owiną wokół palca, a tu srogie zdziwienie. Nie ma lekko. Ale mimo to lepiej mi się pracuje z mężczyznami. Ola zna się na robocie, teraz, po półtora roku pracy mogę ją zostawić na placu bez pomocy i poradzi sobie ze wszystkim, zamówi beton, zaprawy, pójdzie na rejon i ochrzani kogo trzeba, zrobi pomiary. Ale mimo to, to baba.

Aleksandra: – Chłopaki od samego początku testowali mnie. Z początku nie wiedzieli co jest grane. I klęli jak szewcy. Udało mi się to wyplenić, ale jeszcze teraz, przechodząc w pobliżu słyszę jakieś zabłąkane ku..y. Pamiętam, jak na samym początku przyszła delegacja dwóch mocnych i pytają: – Szefowa, jak mamy przygotować tynk? Bo w projekcie nie ma o tym ani słowa? Roześmiałam się i spytałam: – Jak długo pracujecie w budownictwie? Ponad 10 lat i nie umiecie tynku z gotowej zaprawy rozrobić? No to chodźcie chłopaki, pokażę wam. Poszliśmy, betoniarka załadowana, włączyłam ją, szlauch z wodą i rozrobiłam 150 kilo tynku w kilka minut. Żartem powiedziałam, że jak chcą, to wezmę kielnię i popracuję z nimi by widzieli, jak zarzucać go na ścianę. Nie chcieli, głupio im było. Osobny temat to wódka. Część pije lub przychodzi do roboty na kacu. Małpki czy puste puszki po piwie walają się wszędzie. Ostatni wściekłam się – wchodzę do tojki, a tam pływają sobie małe buteleczki po wódce. Sprawdziłam alkomatem wszystkich. Dwóch miało już po prawie promilu, jeden trzeźwiał i wydmuchał zaledwie 0,2, a jeden nie poddał się badaniu. Wyleciał z roboty, ci zaś z chuchem na 2 metry zostali odesłani do domu i za karę kierownik potrącił im po 3 dniówki. Bolało.

Najgorsze były pierwsze miesiące. Bo panowie robotnicy to zawzięty naród. Niby się słuchali, a robili specjalnie ci na złość i chichrając się na boku patrzyli, czy się skubniesz. Skubałam się, to i w końcu dali sobie spokój. Teraz, jako inżynier budowy nadzoruję pracę około 100 ludzi. Pilnuję przede wszystkim poprawności montażu zbrojeń, ganiam z niwelatorem szukając odchyleń od pionu i poziomu, zamawiam betony i inne materiały oraz uczestniczę, czasami do późnej nocy, w ich wylewaniu. Masz dostawę 20 gruszek, każda po 8 m3, i nie możesz przerwać, bo beton twardnieje. I musisz zamówić dokładnie tyle, ile potrzeba. Ani mniej, ani więcej. Parę dni temu miałam wypadek. Murarz na czwartym poziomie rusztowania, dostał ataku padaczki. Jaki lekarz go dopuścił do pracy??? Moje chłopaki zachowali się wzorowo, pozwolili mu się „wydrgać” zabezpieczając, by nie zrobił sobie krzywdy. Zawiadomiłam pogotowie. Facet w końcu oprzytomniał, i w zaparte mówi, że to pierwszy raz w życiu. O ty w mordę! Pierwszy? Zabrało go pogotowie, a ja zrobiłam śledztwo. Ukrył papiery padaczkowe, lekarz dał mu wysokościowe. Rety, gdyby zleciał z 4 piętra, śmierć na miejscu, barierki co prawda są, tyle że łatwo przez nie przelecieć… I kto byłby winny? Już u nas nie pracuje. Wie pan co? Z nikim nie jestem po imieniu. A jednak na moje imieniny dostałam po raz pierwszy w życiu najwięcej kwiatów od kiedy sięgam pamięcią. Nawet od tych, których łapię na wódzie i zabieram im po 3 dniówki. I mówią o mnie – nasza szefowa… Więc można. Za rok robię uprawnienia. I wtedy samodzielne kierowanie budowami. Lubię to, podoba mi się być w tym młynie. Nawet jak jest minus dziesięć i pada śnieg. Albo plus trzydzieści osiem i żar leje się z nieba. Jestem babą na budowie. I dobrze mi z tym.

 

* Za wyjątkiem imienia głównej bohaterki, wszystkie inne dane są zmienione

Tagi , , , , , .Dodaj do zakładek Link.

O Jerzy Piotrowicz

W sumie nie ma się czym chwalić. Jestem. Po prostu jestem, podobnie jak inni pasjonaci Fundacji Ludzie Jesieni.

Komentarze są wyłączone.