Czas życia, czas umierania…

Dzisiaj nie będzie nic o Fundacji. Nic o WRP. Będzie o starszej Pani i o jej historii widzianej moimi oczami. Taka opowieść z życia, które niebawem się zakończy. Jej życia.

Naprzeciwko mnie idzie kobieta. Z psem. Jest na tyle daleko, że po sylwetce nie mogę określić wieku poruszającej się z trudem postaci. Tylko pies wydaje się być żwawy. Nawet bardzo. Ruchy pani na drugimi końcu smyczy są niepewne. Im bardziej zbliżamy się ku sobie, tym mocniej upewniam się, że niewiasta jest pijana. Bo jak inaczej określić jej chód, taki lekko kaczkowaty, lekko marynarski. Przecież nie jest on skutkiem zachowań psinki. Rasa czworonoga? Cholera wie. Waga? Ja jestem cholerą. Maksymalnie pięć kilo.

Mijamy się. To pierwsze spotkanie na moim wygwizdowiu. Tu zawracają nie tylko wróble. Podchodzą owszem daniele, koziołki, ich samiczki. O dziwo nie ma zajęcy. Drobnica typu szczury czy myszy? Nie notuję. Ale sporo kotów. Hmmm, zwierzaki dość wypasione, w końcu to miejscowość letniskowa. Mają co jeść –  w stercie wyrzucanych odpadków, i tych letnich i tych zimowych, zawsze znajdzie się smakowity kąsek.

Kobieta znika za moimi plecami. Zdawkowe dzień dobry i do widzenia niknie tak, jak niknie leśne echo po nadepnięciu na suchą gałąź. Trwa ułamki sekund i nie znaczy nic. Kilkanaście dni później ktoś kradnie z mojej działki drzewa. Nie drewno. Drzewa. Jednej nocy, może poranka znika ponad 80 brzózek samosiejek, sporych, o istnieniu których, do niedawna, informują niedbale przysypane ściółką pieńki. Jak mam się czuć? Jest luty, w marcu ma ruszyć budowa, są plany, także ogrodnicze. Idą w gruzy. Zawiadamiam policję.

Winny znajduje się szybko. Wchodzę do jego domu w asyście glin. „Czyścił” działkę sąsiada, zapędził się w robocie i…  przyszalał trochę dalej. Dziwne, u siebie miałem nabite kołki geodezyjne. Jak można wjechać z piłą na oznaczony teren? Dobrze, szkody niewielkie, według funkcjonariuszy parę setek. Według mnie inaczej – wizja ogrodu i domu wśród zieleni po prostu znikła. Za dwa tygodnie ukradzione brzeziny, pocięte na równe, trzydziestocentymetrowe kawałki trafiają na ogrodzony już plac budowy. Z przeprosinami. Wybaczam. Nie ma sprawy.

Pani Sabrina (tak ją nazwałem) to żona nadgorliwca, który wypatroszył moją działkę. Mieszka w dość sporym domu na krańcu wsi. Pięknym domu, takim wystawionym „dla dzieci”. Guzik prawda, dzieci nie chcą i nigdy nie będą tu mieszkać. Co więc pchnęło ich do zajęcia mojej własności? Pan „od Sabriny” wyjaśnia – nie wiedziałem o tym, że Adam (poprzedni właściciel działki – przyp. J. W.) opchnął posesję. Latami stała dzika i zarastała. No to jak jej nie wybebeszyć?

Czas nie jest łaskawy dla nikogo. Ani dla mnie, ani dla sąsiada z piłą, ani dla jego żony Sabriny. Ciężko chorej na stwardnienie rozsiane. Dla mnie te kilkadziesiąt miesięcy jakie mijają od wycięcia bróz nie jest istotne. Ba, ma dobroczynny wpływ, bo dzięki zrozumieniu swego stanu zdrowia żyję z dnia na dzień coraz pełniej. Sabrina nie ma tej szansy, zwykłe dzienne obciążenia co minutę sprawiają jej coraz większe trudności.  Chód, taka oczywista czynność też jest wyzwaniem. Szczególnie wtedy, kiedy na smyczy jest mały piesek. Dla niej wielki.

Kobieta nie poddaje się. Jej codzienna walka, którą chcąc nie chcąc obserwuję, polega na ruchu. Wieś ma to do siebie, że toleruje każde zachowanie. Każdy o każdym wie wszystko, nawet więcej niż wszystko. Ta zwykła solidarność jaka w mieście nie istnieje, daje mieszkańcom „powera” i zrozumienie. Nikt nie pomyśli o Sabrinie „pijaczka”. Nikt nie skomentuje jej gasnącego chodu. Nikt nie wykrzywi się w geście zniesmaczenia na wymamrotane „dzień dobry”. Samotna, wspierana ludzkim zrozumieniem, gaśnie powoli z niesamowitą godnością. Czas, ten popieprzony czas odmierza ludzkie życie ku końcowi.

Chód pani Sabriny przypomina dzisiaj dążenie pijaka ku domowi. Pokraczny. Niepewny. Jeśli jeszcze prowadzi zwierzaka, tego samego malucha co lata temu, to bywa gorzej. Zwierzak jak to zwierzak. Ucieka. Leci za zapachami. I ciągnie swoją panią, która mimo o wiele większej masy nie daje rady. Wygląda jak jedna z jej rówieśniczek. Tych dziewczyn, które opędzają smutki kolejnym pociągnięciem z „balona”*

Dni lecą nieubłaganie. O ile ja dochodzę do formy i w wieku… dobra… nie powiem jakim, biegam po kilka kilometrów dziennie, moja sąsiadka na to nie ma szans. Czy modlę się za nią? Nie wierzę w Boga. Ale jej mąż co niedziela uczestniczy we mszy świętej w pobliskim kościele. Ktoś mu wybaczył grzech złodziejstwa, ktoś stwierdził, że każdy ma szansę na pojednanie z Panem. To jego sposób na nieuchronność. W końcu nikt inny tylko Bóg „obdarzył” jego żonę schodami do śmierci.

Mijają dnie i noce. Śnieg zalegający leśne ścieżki, którymi przebiegam właściwie codziennie, nie powstrzymuje też Sabriny. Ilekroć się mijamy mam łzy w oczach. Starsza pani kroczy coraz niepewniej. Wygląda na pijaną. Tak się zachowuje. Z dnia na dzień okiełznanie jej małego kundelka wyrasta na wielki problem. Pewnie nadejdzie dzień, kiedy jej nie spotkam. A potem, może za rok, może za półtora dowiem się, że zwyczajnie umarła. Pójdę ją pożegnać. Chyba, że moje serce wysiądzie szybciej.

*Wino za parę zł, o pojemności 1 l i ogromnej zawartości siarczanów. Siarczynów? I procentów.

Dodaj do zakładek Link.

O Jerzy Piotrowicz

W sumie nie ma się czym chwalić. Jestem. Po prostu jestem, podobnie jak inni pasjonaci Fundacji Ludzie Jesieni.

Komentarze są wyłączone.