Ile jest warte ludzkie życie?

OczyParę dni temu obejrzałem na DVD film Rafała M. Lipki „Łowcy skór”. Dość stara pozycja, inspirowana jednak faktami jakie miały miejsce w naszym kraju. Tak okrutnymi i nieprawdopodobnymi, że wręcz nie do uwierzenia. Ponieważ z obrazu dawało się odczuć negatywne nastawienie do braci lekarskiej, nie polecę tej pozycji nikomu, choć zachęcam do wyrobienia sobie własnego zdania. I do przeczytania wywiadu z ratownikiem medycznym, który to wywiad zrobiłem w 10 lat po premierze „Łowców skór”.

Ma 31 lat. Skończył Ratownictwo Medyczne. Od ładnych kilku lat pracuje w Pogotowiu Ratunkowym w jednej z placówek na terenie naszego kraju. Prosi, by nie ujawniać jego danych osobowych, bowiem przełożeni bardzo źle widzą jakiekolwiek wypowiedzi o zawodzie. Rozmawiam z Janem Nowakiem*:

Jerzy W (mój pseudonim): – Witaj. Powiedz, skąd zainteresowanie tą specyficzną profesją?

Jan Nowak: – Hmmm, chyba zawsze lubiłem wypadki. Nie, nie powodować (śmieje się)! Już jako dziecko zasiadałem o 17.00 przed telewizorem i oglądałem Wojtka Reszczyńskiego i Teleekspres. Kiedy tata mnie zapytał, dlaczego zawsze pilnuję tej audycji, odpowiedziałem mu kiedyś: – bo jest tam bardzo dużo śmiertelnych wypadków. Wtedy już fascynowali mnie ludzie ratujący innym życie. Chciałem pójść na medycynę – ale że niestety nie jestem orłem z fizyki i chemii – odpuściłem. I może lepiej, jako lekarz siedziałbym za biurkiem czy w szpitalu – a tak mam pracę dynamiczną, w której co chwila się coś dzieje.

JW: – Co trzeba wiedzieć, by zostać ratownikiem medycznym?

JN: – Dobre pytanie. A mam mówić oficjalnie, czy nie? Jak oficjalnie – trzeba mieć trzyletnie studia zawodowe (licencjat) na kierunku ratownictwo medyczne na akademii medycznej, bądź policealną dwuletnią szkołę o tym właśnie profilu. Po licencjacie właśnie w zeszłym roku skończyłem jeszcze magisterkę. I masz papier. Formalnie to wystarcza, ale niewiele ma wspólnego z wiedzą, jaką powinieneś mieć pracując samodzielnie w karetce.

JW: – Mówisz, że szkoła niewiele daje?

JN: – Jeśli ktoś chce się nauczyć i przygotować do zawodu, to go przygotują. Ale jeśli nie – to w większości tego typu placówek jest tak, że się przebuja. Najgorsze jest, że placówki pogotowia – tak jak obserwuję – nie weryfikują wiedzy kandydatów przy przyjmowaniu do pracy. Wystarcza kwit z uczelni. Szczęściem, nie jest to wielki odsetek chętnych. Ale, cholera, jest!

JW: – A lekarze jeszcze jeżdżą?

JN: – Zależy jakie województwo. W większości jest tak, że jeżdżą. Część regionów – jak na przykład zachodniopomorskie, dolnośląskie – obsługują już głównie ratownicy.

JW: – Jak ci się wydaje, kto powinien wyjechać na interwencję – lekarz czy ratownik?

JN: – Odpowiedz sobie na to sam – czy jako ofiara wypadku drogowego chciałbyś być ratowanym przez na przykład pediatrę bądź ginekologa – którzy to lekarze, przy całym szacunku dla ich niewątpliwej wiedzy w swej specjalności – niewiele mają wspólnego z chirurgią, złamaniami i całym tym powypadkowym zamieszaniem, galimatiasem? A jeżdżą, Jerzy, kurde, jeżdżą, mając nawet po siedemdziesiąt lat!

JW: – To co, „doktorek” nie powinien udawać się na interwencję?

JN: – Powinni. Ale na innych zasadach. Dwa, może trzy zespoły lekarskie. Do wyjazdów domowych. Gdzie trzeba być może będzie leczyć grypę, bądź pisać receptę. Ratownik nie jest szkolony do diagnozowania migren. Działa tam, gdzie jest zatrzymanie krążenia, gdzie coś się dzieje, gdzie potrzebna jest natychmiastowa pomoc. Do tego jest szkolony, i tam, gdzie – wybacz mi kolokwializm – leje się krew, sobie doskonale radzi, niejednokrotnie lepiej, jak lekarz. Bo obowiązują go standardy. Bo nie głupieje, gdy „wszystko czerwone”.

JW: – Ile czasu może minąć od chwili przyjęcia zgłoszenia przez dyspozytora, do chwili wyjazdu zespołu lekarskiego czy ratowniczego?

JN: – Smutne to, ale z moich obserwacji wynika, że zespoły lekarskie z reguły wyjeżdżają znacznie później, niż ratownicze. Wielokrotnie oczekując na stacji, słyszę kilkakrotne wezwanie przez głośniki. Kierowca i ratownik/ratowniczka czekają nawet do ośmiu, dziesięciu minut, szczególnie w nocy, aż lekarz się odnajdzie. Śpi?… Ale nie mnie osądzać. My staramy się jechać natychmiast, są to czasy rzędu dziesiątek sekund. Gdy masz zatrzymanie krążenia, na dojazd do poszkodowanego masz cztery i pół minuty.

JW: – Jakie to uczucie uratować komuś życie?

JN: – Tego się nie da porównać z niczym innym. To daje takiego kopa, powera, że możesz następny miesiąc jeździć na wezwania do bólu głowy, i zawsze masz chęć iść do pracy.

JW: – Długo już pracujesz?

JN: – Prawie osiem lat zawodowo, wcześniej kilka lat w wolontariacie.

JW: – Ilu ludzi wyrwałeś już z „tamtej strony mocy”?

JN: – Zależy jakie przypadki. Trzy zatrzymania krążenia. Niedużo. Ale inne, jak wypadki, interwencje – to myślę, że kilkadziesiąt osób.

JW: – Kto powoduje zdarzenia? Czynnik ludzki?

JN: – Nie ma reguły. Ostatnio pojechaliśmy do kolizji, w której uczestniczyły dwa tiry i dwie osobówki. Jakiś palant na Czarnym Punkcie, odpowiednio oznaczonym, wyprzedzał pod górkę, na zakręcie, na podwójnej ciągłej. Nie zdążył się schować przed jadącym z przeciwka innym osobowym. W konsekwencji karambol, kupa złomu, trochę krwi. Na szczęście nikomu nic się nie stało. Ale do dzisiaj nie wiem, jaka była marka auta, które spowodowało wypadek. Mimo, że znam się na motoryzacji. Nie jestem przesądny. To musiał być cud, że nikt nie zginął. Sprawca ze sportowego auta wyszedł o własnych siłach, drugi kierowca też wyszedł na własnych nogach. Chodził, ale słabł z minuty na minutę – zabezpieczyliśmy go, i gdy wjeżdżaliśmy na teren szpitala, już nie mógł samodzielnie podnieść głowy z deski ortopedycznej. Musiało więc być w nim coś więcej. Nie chcę nawet myśleć co byłoby, gdyby obaj w swych wozach mieli pasażerów – strefy zgniotu pokryły te miejsca, gdzie normalnie wozimy teściowe, czy dziewczyny. A tiry oczywiście ucierpiały najmniej.

JW: – Jak reagujesz na krew, rany szarpane, „ostre” urazy?

JN: – Hmm, lubię takie akcje. Jest mobilizacja, by szybko działać. Sprawdzasz się. Widzisz, że komuś pomagasz, że często od twej szybkości zależy jego zdrowie bądź życie. To daje speeda! Nie do opisania!

JW: – Często jest tak, że pogotowie jest wzywane na przykład do bólu brzucha. Jak wtedy reagujesz?

JN: – Każdy powinien się dobrze zastanowić, zanim wykręci 999 lub 112. Nie ma zbyt wielu karetek. Taki wyjazd to czas, którego w momencie gdy zajmujemy się chorym z bólem w domu może zabraknąć komuś, kto ma zatrzymanie akcji serca i kona na ulicy. Od brzuszków, migren i innych „poważnych” przypadłości są lekarze rodzinni, ale ludzie wolą o tym nie wiedzieć. Mają darmowy wyjazd do szpitala, taką taksówkę „na sygnale”. Po prostu skandal! Szczęściem ktoś zauważył ten problem i obecnie wyjazdy na takie właśnie interwencje często kończą się wysłaniem „ratowanemu” słonego rachunku.

JW: – A zdarzały się jakieś wyjazdy, które zapamiętałeś szczególnie?

JN: – Tak, wczoraj jechaliśmy do starszej pani z bólami klatki piersiowej. Po zbadaniu okazało się, że ma poważne niedokrwienie serca, kwalifikujące do natychmiastowej hospitalizacji. Ale babcia się nie przejmowała naszym pośpiechem – zanim udało się skłonić ją do położenia się na nosze, zdążyła posprzątać naniesiony na podłogę przez nas śnieg po, wydać ostatnie dyspozycje domownikom – co i jak mają w czasie jej nieobecności robić. Ot, wigor trzeciego wieku (śmiech).

JW: – A żurki? Menele?

JN: – Hmmm, u nas się to określa „nieznanym problemem”. I doskonale go znany. Nie lekceważymy żadnego sygnału, jedziemy do każdego, bo może być zatrzymanie akcji serca, uraz głowy, inne kłopoty. Niestety, około połowy wszystkich wezwań, to tak zwani „nurkowie”, którzy jedynie czego potrzebują, to wytrzeźwieć w spokoju. Alkohol jest dla ludzi, można się upić – ale to jest inna kategoria. Jak ktoś jest kulturalny – wszystko gra…

JW: – No właśnie – a jak nie – jak się awanturuje, chce uderzyć?

JN: – Wiesz, nam nie wolno jest stosować przymusu. Ale jak facet jest mniejszy ode mnie… Nie raz leciały w naszą stronę ch..e, ku..wy, wyciągany był nóż czy łom. Ja ich ratuję – a oni walą stalą i pomyjami. Wzywamy policję. No i nerwy czasami puszczą, policja przyjeżdża – a pacjent jest już spokojny. Kto mu uwierzy w jego skargi?

JW: – Jesteście wyposażeni na przykład w gaz?

JN: – Nieee. Nam nie wolno jest nikomu zrobić krzywdy… (znaczące milczenie). Nie wolno mi użyć przymusu bezpośredniego w stosunku do osób, chyba że zagrożenie jest dla mojego czy innego życia.

JW: – A wyjazdy do „martwych domów”?

JN: – Zdarzały się, jeszcze jak jeździłem z lekarzem. Dzwonili sąsiedzi, że od kilku dni znajomego nie ma, nie daje znaku życia. Wspólnie ze strażakami wchodziliśmy do takiej posesji. Niestety, często zastawaliśmy zwłoki, już w stanie dalekiego rozkładu (trupi zapach jest nie do wytrzymania) i nie pozostawało nic innego, jak poprosić doktora o wystawienie świadectwa zgonu. Ale bywało i tak, że koleś pojechał na ryby i zapomniał się z tego zwierzyć swym znajomym. On wędkował, a my pruliśmy mu futrynę.

JW: – Prowadzisz również karetkę. Jak się jeździ na sygnale po dużym mieście?

JN: – Trzeba mieć oczy dookoła głowy. Przewidywać reakcje kierowców, którzy nie myślą, nie patrzą w lusterka, nie ustępują drogi. Co najgorsze, takie zjawisko jest częste w naukach jazdy – oznakowane, z kursantem w środku. I instruktor nie umie nad nim zapanować, ustąpić miejsca karetce w sposób właściwy. Pojazd uprzywilejowany w akcji nie ma bezwzględnego pierwszeństwa – musimy o tym pamiętać. Kiedy wjeżdżam na czerwone światło na syrenie, mogę to zrobić tylko będąc pewnym, że wszyscy mnie widzą i że nie zagrożę ruchowi. Sporo kierowców jednak nie umie dać miejsca, a ja tracę cenne sekundy.

JW: – A co z wideoradarami i policją?

JN: – Z policją nie ma problemu, na zdjęciu widać, że jedziemy na kogucie. Mam już na koncie sporo „błysków”. Gorzej ze Strażą Miejską. Ci się nie szczypią – kary przychodzą, czasem nie widać cyklu niebieskich stroboskopów, bo radar „wstrzeli się” akurat między światełkami. No i potem pytasz się siebie, gdzie są granice głupoty? A dyrekcja musi z tym robić porządek.

JW: – Co jeszcze chcesz powiedzieć kierowcom?

JN: – Jak słyszycie pojazd w akcji – nieważne czy karetkę, czy straż, czy cokolwiek – zjedźcie z drogi na bok, włączając ten kierunek, w którą stronę zjeżdżacie. Zachowujcie się przejrzyście, tak, by kierowca doskonale wiedział, czego się po was spodziewać. Dzisiaj wy ustępujecie drogi. Jutro – oby nie – ktoś będzie ustępował drogi jadącej do was karetce. Oby nie!!!

* Nazwisko, imię i niektóre szczegóły zmienione.

Tagi , , .Dodaj do zakładek Link.

O Urszula

Jestem, podobnie jak inni, pasjonatką w pomaganiu innym ludziom.

Komentarze są wyłączone.