Kilka wspomnień…

ApokalipsaLata 70. ubiegłego stulecia w Polsce ociekały komuną. Mając wtedy kilkanaście lat, jak każdy małolat nie interesowałem się polityką i miałem ją delikatnie mówiąc w pupie. Owszem, coś do mnie docierało, głównie „biadolenie” mamy i taty, gdzieś tam w telewizji lektorzy skarżyli się na strajki przypisując całą winę za zaistniałą sytuację raczkującej Solidarności (byli już wtedy?) i politycznie niepoprawnym awanturnikom. Jako uczeń szkoły średniej byłem zainteresowany tylko przyjemnościami i tym, jak najłatwiej prześlizgnąć się do następnej klasy. Cudowne dorastanie niosło ze sobą nie mniej cudowne i magiczne wyjazdy do rodziny do Trzcianki (koło Piły), gdzie spotykaliśmy się z kuzynostwem i przyjaciółmi. Gdzieś tak w roku 1974 do mojego wujostwa zajechali państwo Dameccy*. To był otwarty dom, gdzie zawsze pełno było gości. Ucieszyłem się, bo wraz z nimi pojawił się Krzysztof i jego siostra Małgorzata. Moja rówieśniczka.

Od tego dnia do roku 1983 zaczęła się moja przyjaźń z bydgoszczanami. Widywaliśmy się kilka razy w roku, pisywaliśmy do siebie. Zawsze ale to zawsze w wakacje spotykaliśmy się w Trzciance. Państwo Dameccy wynajmowali nad jeziorem Sarcz domek letniskowy i wraz z pozostałymi dorosłymi oddawali się przyjemnościom leniuchowania. „Dzieci” – czyli my – miały wolne właściwie zawsze.

Jako małolat, niemający zbyt dobrych relacji z ojcem potrzebowałem kogoś, kto mną pokieruje. Krzysztof miał w owych czasach już ponad 18 lat – dla mnie był bardzo dorosłym człowiekiem. Wyrażał się jak spiker radia Luxemburg, nosił świetne ciuchy, pierwszy raz wtedy na męskich stopach zobaczyłem kowbojki. Nieco niższy ode mnie był na pewno przystojnym chłopakiem, z czarującym uśmiechem równych białych zębów. Podobnie jak ja kochał muzykę, opowiadając mi o rockowych zespołach tamtych czasów. Led Zeppelin, Deep Purple, Slade, Pink Floyd. Chyba dzięki niemu ukształtował się mój muzyczny gust. Ciągnęło mnie do chłopaka ogromnie. Miał autorytet w naszym środowisku, nie wymuszał go siłą, po prostu taki już był.

Pewnego dnia umówiliśmy się z rodzeństwem Dameckich na wyprawę do lasu. Z ulicy Broniewskiego, tak zwaną żwirówką, można było do pierwszych sosen dojść w kilkanaście minut. W planach mieliśmy budowę zapory na dość leniwej małej rzeczce, nazywanej nie wiedzieć czemu Smródką. Przepływała ona wzdłuż leśnej granicy i gdzieś kilometr przed linią kolejową skręcała w stronę miasta, łącząc się z dużo większym strumieniem, którego nazwy na mapie nie znalazłem. Dalej pewnie wpadały sobie do pobliskiej Noteci.

Smródka wiła się sennie, w porywach jej głębokość sięgała może z 15 centymetrów. Szeroki na jakieś dwa metry ciek wodny wyżłobił sobie koryto dość głęboko, tworząc malownicze zakręty. Nad jednym z nich zatrzymaliśmy się. Nadawał się na budowę tamy jak cholera, jego piaszczyste, niezarośnięte trzciną brzegi były łatwe do osuwania. Krzysiek wyciągnął z torby dwie składane saperki. – No, blondyna (tak mówił do wszystkich dziewczyn, tym razem chodziło mu o Małgorzatę – siostrę) – odsuń się, bo my tu nieco się zabawimy. Skoczyłem chętnie do pomocy i zaczęliśmy dziobać w miękkim piasku. Ale Krzysztof szybko mnie osadził: – Poczekaj Jurek. Nie zagarniaj! Wgryzamy się w głąb, robimy taką lisią jamę. Łapiesz? Łapałem, choć nie bardzo wiedziałem po cholerę nam jama, w końcu robimy tunel czy tamę?

Kiedy już nie było jak wyciągać piasku, nasz wódz krytycznie zmierzył wykop. Miał może z półtora metra głębokości. Chłopak pochylił się znów nad torbą i… wyciągnął coś, co wyglądało jak laska dynamitu z przyczepionym dość długim lontem. Zbladłem. Mój brat cioteczny i jego siostra cofnęli się o krok. – No co wy, pękacie przed małym bum bum? – Krzysiek ironicznym spojrzeniem zmierzył naszą czwórkę – nie bójcie się, to nie dynamit. Petarda hukowa, tata mi załatwił. W wojsku używają tego do symulowania pola walki. Wali nieźle, ale krzywdy nie zrobi. Lont pali się 30 sekund, musimy tylko odejść na jakieś 20 – 30 metrów. Blondyna – zwrócił się tym razem do Alicji – skocz na brzeg i zobacz czy nikogo nie ma. Nie było.

Nerwowo, skryci za wałem ziemnym będącym pozostałością po jakiś pracach odliczaliśmy sekundy do wybuchu. Kiedy doszliśmy do 40, nastąpił wybuch. Do jamy było ponad 50 metrów, ale huk był imponujący. Pewnie gdyby petarda trzasnęła na otwartym polu, okoliczne kury przestałyby się nieść na kilka tygodni. Lekkie dygotanie gruntu znikło po dwóch sekundach. Pobiegliśmy do koryta Smródki. Pięknie zatarasowanego zwałem zrzuconej ze skarpy ziemi. Tego dnia mieliśmy swój prywatny basen, bo woda przybrała bardzo szybko. Udało się spiętrzyć ją do poziomu może metra, taplaliśmy się w niej dopóki nie przerwała wału i nie spłynęła z powrotem do koryta.

Te spotkania z Krzysztofem, dziś może lekko głupie i śmieszna były dla mnie innym wymiarem. Pamiętam jak kiedyś poszliśmy nad Sarcz do istniejącej do dzisiaj muszli koncertowej. Krzysztof i Małgorzata mieli kaseciaka. W owych czasach, kiedy na rynku królowały lampowe magnetofony ZK-120, lekki i działający na baterie magnetofon był marzeniem każdego małolata. Krzysztof często puszczał nam różne nagrania, czasami tłumacząc słowa. Rytmiczny rock to było coś, co dorośli nazywali wrzaskiem, a my szaleliśmy tańcząc i wykrzykując znane frazy słów.

Dyskoteka kręciła się w najlepsze. Potężne kolumny dawały czadu tak, że nie można było porozumieć się inaczej jak krzykiem. Na parkiecie i pod nim kłębił się kilkusetosobowy tłum kolorowej młodzieży. Krzysiek zniknął gdzieś, ale nie zwracaliśmy na to uwagi. W owych czasach niewiele wystarczyło do zabawy, nie widywaliśmy pijanych, o naćpanych nie wspomnę. Nagle muzyka ucichła. Didżej wykrzyczał: – Moi drodzy, jest z nami Krzysztof z Bydgoszczy! Powitajmy Bydgoszcz!!! Owacje zagłuszyły prowadzącego, a Krzysiek po prostu zapowiedział nagranie: Cześć kochani – jesteście obłędni! Zagram wam kilka kawałków, bawcie się dobrze! I ryknął pierwszy przebój. Slade – Come on feel the noise. Kiedy po półgodzinie chłopak wypinał się z miksera, wiara szalała. Bawiliśmy się jeszcze ze trzy godziny i w tym czasie już nigdy nie było tak czadowo jak wtedy, gdy „grała Bydgoszcz”.

Czas mijał. Lata powoli przekraczały kolejne granice. Doroślałem, zdałem maturę, skończyłem elektronikę. Zacząłem pracować. Krzysztof uczył się w Gdyni na WSM. Kiedy w roku 1983 wypływał w swój pierwszy rejs, pisał mi: – No to do zobaczenia Jerzy. Będzie bujało, ale przecież wychodzę w morze. To gdzie ma bujać jak nie tu? Statek Kudowa-Zdrój nie wrócił z tego rejsu już nigdy. Morze, rozbujane okrutne morze Śródziemne zabrało w przeddzień moich urodzin najlepszego przyjaciela, jakiego kiedykolwiek miałem. Do dzisiaj nie umiem się z tym pogodzić, do dzisiaj moja pamięć pokazuje mi obraz kogoś, kto nauczył mnie słuchać muzyki, trochę może i rozrabiać, ale przede wszystkim długie lata był dla mnie wzorem.

Jak drewna kawałki

Rzucane po wód wezbranych oceanie

Zejdą się i znów oddalą.

I takie jest ludzi spotkanie”.

*Nazwisko zmienione

Tagi , , .Dodaj do zakładek Link.

O Urszula

Jestem, podobnie jak inni, pasjonatką w pomaganiu innym ludziom.

Komentarze są wyłączone.