Seniorze, zobacz jak prosto radzić sobie z kominkiem

NieboZaczynają się chłody. W nocy szron potrafi ozdobić szyby samochodów i liście drzew. Coraz częściej włączamy ogrzewanie lub palimy w piecu. Jeśli mamy kominek, to czas na jego uruchomienie, bo nie ma w domu nic milszego od widoku ognia w salonie. Daje on niepowtarzalny klimat i do tego całkiem nieźle ogrzewa. Jednak zmorą części z nas jest rozpalanie i utrzymywanie czystej szyby. Mam rację? Poniżej polecam „dziwny” sposób. Wypróbujcie go i napiszcie – czy u Was działa? Bo ja już nie umiem palić inaczej. W kominku kochani, w kominku 🙂

KominekWydawać by się mogło, że nie ma nic banalniejszego niż rozpalanie w kominku, kozie czy też piecu centralnego ogrzewania, używającego węgla, koksu czy zwykłego drewna. No bo przecież to takie proste: po wyczyszczeniu rusztu, na samym jego dnie, układamy rozpałkę – albo papiery i na nich coraz grubsze suche szczapki. Albo sprzedawane w sklepach, powszechnie znane jako kostki do grilla, nasączone chemią od razu dającą dość konkretny płomień. W miarę jak proces inicjowania ognia postępuje, dokładamy coraz to grubsze paliwo do osiągnięcia stabilnego płomienia i żaru. W międzyczasie co chwilkę musimy kontrolować nasz kominek (pozwólcie, że na nim się skoncentruję, zasady są identyczne dla każdego z w/w źródeł ciepła) regulując ciąg i… obserwując coraz brudniejszą szybę oraz kłęby dymu wysysanego przez komin.

Ten powszechnie stosowany sposób ma jedną zaletę i poza tym niezaprzeczalne wady. Zaletą jest jego powszechność. Z dziada – pradziada. Dalej już tylko są wady. Rozpalanie ognia jest czasochłonne i wymaga stałego nadzoru. W przeciętnym kominku może to zająć nawet do półtorej godziny. Dalej – obdarzamy okolicę pięknym dymem – ma to znaczenie jeśli w pobliżu sporo sąsiadów wpadło na ten sam właśnie pomysł i wszyscy wokół dymią jak stare parowozy. Co jest nieco uciążliwe, szczególnie dla tych posiadających mechaniczną wentylację domu. No i wreszcie efekt trzeci – zawalanie komina zanieczyszczeniami, co w bezpośredni sposób widzimy po szybie kominkowej. O ile sam komin zarasta w sposób niewidoczny, o tyle szyba, pracowicie dopucowana chemią do stanu przezroczystości już po dwóch, trzech godzinach jest czarna. Nawet jeśli jest to szyba z tak zwana pyrolizą*. No i cały efekt domowego ogniska biorą diabli. A czyszczenie przewodów kominowych – murowane co 2-3 miesiące.

Sposób na cieszenie się widokiem płomieni przez kilka dni z rzędu bez czyszczenia? No pewnie że jest! Dwa nawet! Pierwszy jest dość prosty i choć o nim wiemy, czasami trudno jest go spełnić. To oczywiście suche, sezonowane przez minimum 2 lata dobrej jakości drewno liściaste. Nie jakaś tam brzoza czy olcha, choć też dadzą radę. Solidny dąb, buk, jesion czy grab. Nie będę się wymądrzał – używałem wszystkich rodzajów i najlepiej według mnie sprawdza się grab i jesion. Brzoza – wyłącznie na rozpałkę lub na przepalenie. Wróćmy do „suche”. Kupując po praz pierwszy drewno do swego wymarzonego kominka z reguły od sprzedawcy dostajemy informację: – „Ależ oczywiście, drewno leżało u nas na placu ładnych kilka miesięcy, nadaje się do palenia”. Nie wierzcie w takie bujdy. Do palenia nadaje się wszystko, włącznie ze stalą, to tylko kwestia temperatury początkowej. Drewno w balach, a takie kupują handlarze z lasu ze względu na cenę, leży na placu i jest cięte i łupane w zależności od bieżącego zamówienia. Oczywiście szerokości te najbardziej popularne – czyli od 25 do 45 cm są robione z górką, ale nikt nie rżnie w czambuł od razu wszystkiego, co zwiózł sobie z kniei.

Czas leśnych wyrębów to zima. Kupując paliwo do kominka na wiosnę możemy mieć prawie 100% pewność, że trafimy na świeżynkę. Ładnie wyglądającą, na oko sucha ale tak na prawdę… mokrą. I co? No będzie się palić, spoko. Tyle że zawierając ponad 50% wody da niską temperaturę, kłęby dymu i… zafajda komin w zastraszającym tempie. Tak zwaną smołą szklistą. Na widok której każdy kominiarz blednie i ucieka, bo zdarcie takiej smolistej mazi z rury dymowej to zadanie trudne, piekielnie trudne, niejednokrotnie wymagające użycia chemii lub… kontrolowanego wypalania. Co więc zrobić, by mieć suche drewno – i co to znaczy suche? To takie, wewnątrz którego poziom wilgoci jest niższy od kilkunastu procent. Zbadamy to przyrządem – wilgotnościomierzem do drewna, który bez problemu kupimy za jakieś rozsądne pieniądze w internecie. Warto je wydać, tym bardziej że to urządzenie na dłuuugie lata. Mamy szansę więc przebadać oferowany towar i znaleźć coś względnie suchego z „zeszłego roku”. A jeśli nie znajdziemy? Kupmy to, co jest najbardziej suche w ilości podwójnej.

Dlaczego? Czy pierwszy sezon kominkowania musimy spisać  jako stracony? Doradzam: – tak! Palenie mokrym drewnem to zabójstwo nie tyle dla wkładu kominkowego czy kozy, ale dla przewodów kominowych na pewno. I dla urządzenia typu „strażak” na wylocie rury. Jeśli kupiliście jednorazowo na przykład 20 m3 drewna wiosną roku 2015 – „zajaracie sobie” jesienią 2016. Szału nie będzie, ale próbować można. Zużyjecie na sezon połowę. Zostanie dycha. Dokupując jesienią 2016 kolejne 10 m3 zyskacie dwuletni bufor suchego drewna po 2 latach. Ja tak robię i cieszę się… o tym za chwilkę, bo czas wrócić do rozwikłania zagadki z drugiego akapitu. Czyli sposobu rozpalania ognia i jego utrzymywania. Przypomnę – dotyczy wszystkich ręcznie zasypywanych pieców z dolnym rusztem. I jeszcze raz przypomnę – rozpalanie od kawałka gazety poprzez szczapki i coraz grubsze bale – to zły pomysł. Co więc robić?

Polecam „dziwną metodę”. Jak widać na potrójnym zdjęciu w nagłówku, do wyczyszczonej kozy załadowałem drewno w odwrotnym porządku. Na samym dole znajduje się warstwa grubych dużych bali. W zimowe dni można, w zależności od rodzaju kominka dołożyć warstwę drugą pamiętając, by odsunąć ją nieco w głąb kominka. Warunek konieczny – górna powierzchnia warstwy powinna być płaska bądź lekko nachylona w stronę przeciwną do szyby. Na samej górze, tuż przy tylnej ściance układamy pryzmę z rozpałki – grubsze suche szczapki na samym dnie, na nich troszkę cieńsze, teraz kostka rozpałki grillowej, a na niej „namiot” z cienkich szczapek, takich o przekroju pół pudełka od zapałek. Wszystko skomponowane w sposób, by nie rozpadło się w czasie spalania inaczej, jak do tyłu. I to wszystko. Otwieramy szyber komina na maksa, otwieramy dopływ powietrza pod ruszt na maksa, podpalamy kostkę i domykamy drzwiczki kozy tak, by pozostawić kilkumilimetrową szparę.

Proces rozpalania trwa do kilkudziesięciu minut. Nie robimy w nim NIC – nie dokładamy, nie ujmujemy, pozwalamy, by ogień rozpalił się swoją własną „siłą”. Zwróćmy uwagę, jak mało dymu wydziela się z komina! Dopiero wtedy, kiedy zacznie się palić dolna, najgrubsza warstwa drewna, przymykamy powietrze od dołu i zamykamy drzwiczki. Trzymajmy w kominku dużą temperaturę spalania. Nie bójmy się tego – nasze urządzenie jest liczone tak, by znieść nawet kilkaset stopni. Kiedy pierwszy wsad wypali się, dokładajmy paliwa już klasycznie. Od góry – no inaczej się nie da. Zobaczycie, że ta metoda to jest to! Wypróbowałem i od 2 lat rozpalam tylko tak. Kominiarz przychodzi raz do roku, ziewa z nudów czyszcząc przewody i wypisuje kwit. Szyba, mimo że zwykła, brudzi mi się zaledwie raz na kilka dni. A ja mam przepiękny widok płonącego drewna.

*Szyba pokryta od wewnątrz warstwą odbijającą ciepło i pozwalającą na dopalenie cząstek sadzy, zmniejszając w widoczny sposób jej zabrudzenie

 

Dodaj do zakładek Link.

O Jerzy Piotrowicz

W sumie nie ma się czym chwalić. Jestem. Po prostu jestem, podobnie jak inni pasjonaci Fundacji Ludzie Jesieni.

Komentarze są wyłączone.